Malec

Cichociemny por. Stefan Jasieński "Urban"

Rozmiar tekstu:

Razem z mieszkańcami Malca w przyobozowym Ruchu Oporu, niosąc pomoc więźniom KL Auschwitz, działał jeden z cichociemnych. Wśród wtajemniczonych znany był pod pseudonimem Urban. Nieliczni wiedzieli o jego niezwykłym przeszkoleniu jako skoczka spadochronowego, zrzuconego do umęczonego kraju z Anglii. Był synonimem wolności, widocznym łącznikiem z Wojskiem Polskim, które istniało nadal. Jeszcze długo po zakończeniu wojny trudno było ustalić jego prawdziwe nazwisko.

W lipcu 1940 r. została powołana w Londynie brytyjska instytucja Special Operation Executive (SOE) - Zarząd Operacji Specjalnych, którego celem były: wywiad, dywersja i sabotaż na tyłach wroga. SOE organizował w wielu krajach okupowanej Europy własne siatki dywersyjne. Zaopatrywał też współpracujące z nim siły ruchu oporu w broń i pieniądze, a także utrzymywał liczne ośrodki szkoleniowe, przygotowujące specjalistów do działalności konspiracyjnej w okupowanych krajach. W ramach akcji SOE zrzucono do okupowanej Polski w latach 1941-1944, początkowo z Wielkiej Brytanii, a później z południowych Włoch, 316 skoczków spadochronowych - cichociemnych. Z tej liczby poległo w kraju około 30 procent.

Stefan Ignacy Antoni Jasieński herbu Dołęga, był synem Leona Jasieńskiego oraz Zofii z Zboromirskich. Urodził się 2 kwietnia 1914 roku w Wilnie. Dorastał w Nakle nad Notecią, gdzie zamieszkali po powrocie z Rosji w 1918 roku jego rodzice, a ojciec – inżynier chemik został dyrektorem miejscowej cukrowni. Stefan Jasieński bardzo dobrze grał w tenisa i uprawiał lekkoatletykę, miał siostrę Wandę Komar-Żylińską, znaną w latach trzydziestych reprezentacyjną kulomiotkę. Ich dziad był powstańcem z 1863 roku.

Po przeprowadzce do Warszawy, w 1932 roku ukończył gimnazjum Zgromadzenia oo. Marianów na Bielanach. Studiował architekturę na Politechnice Warszawskiej. Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii ukończył w latach 1937/1938 w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu.

Okres ten wspomina jego przyjaciel Michał Żółtowski (1915-2009):

„Działo się to 21 września 1937 roku, w dniu zgłoszenia kandydatów do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Zjechało nas 450. młodych ludzi w wieku od 18 do 24 lat. Podzielono nas na cztery szwadrony, liczące każdy po trzy plutony.
Zgolone „na zero” głowy, niedopasowane mundury, wysokie juchtowe buty. Poprowadzono nas na plac służący za stadion sportowy. Tam mieliśmy pokazać stan naszej fizycznej sprawności. Zaczęło się od stumetrówki, potem skoki wzwyż i w dal, w końcu rzuty ćwiczebnym granatem. Zauważyłem wtedy kolegę, który dokonał szczególnie dalekiego rzutu. Był wysokiego wzrostu, dobrze zbudowany, nazywał się Stefan Jasieński. Nawiązaliśmy rozmowę. Stefan powiedział mi, że cieszy się z powołania do wojska i do pracy fizycznej, gdyż ostatni okres życia dał mu się bardzo we znaki. Były to skomplikowane sprawy rodzinne, które go wiele kosztowały. Dowiedziałem się ponadto, że studiuje architekturę na Warszawskiej Politechnice. Tymczasem powróciliśmy do koszar gdzie ogłoszono nam szczegóły naszych przydziałów do plutonów. Zostaliśmy wcieleni do II plutonu II szwadronu, do izby na 9 podchorążych. Byliśmy bardzo powściągliwi w mówieniu o sobie, toteż dopiero po dłuższym czasie dowiedziałem się czegoś więcej o sympatycznym koledze. Rodzina jego pochodziła z Wileńszczyzny, dziadek brał udział w powstaniu w 1863 r. Zesłany, podobnie jak inni na Syberię, po odbyciu kary nie mógł wracać do ojczyzny i stracił majątek ziemski. Syn jego, ojciec Stefana ukończył studia na Politechnice w Rydze, gdzie Polacy byli przyjmowani bez zastrzeżeń. Zaangażował się tam w działalność korporacji „Arkonia”, stawiającej członkom zadania samowychowawcze z myślą o lepszej służbie Ojczyźnie, później poszedł w ślady ojca, ale już w Warszawie w rozmowach powoływał się na wypowiedzi zasłyszane w tej korporacji. Po odzyskaniu niepodległości ojciec Stefana otrzymał stanowisko dyrektora cukrowni w Nakle, lecz słyszałem, że pełnił tę funkcję również w innych cukrowniach. W latach 1930-39, powszechnie znane było nazwisko Wandy Jasieńskiej, siostry mego kolegi, czterokrotnej rekordzistki Polski w pchnięciu kulą. W 1932 r. widziałem ją w Poznaniu, na boisku „Warty” rzucającą oszczepem. Znały ją w tym czasie dobrze moje siostry. Miałem okazję poznać również jej przyszłego męża, Władysława Komara, jednego z czołowych lekkoatletów Litwy Kowieńskiej, studiującego w Poznaniu. Z małżeństwa tego wyrósł z czasem syn – również Władysław Komar, który zasłynął jako mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, w 1972 r., w Monachium. Chociaż silny fizycznie, Stefan był człowiekiem bardzo wrażliwym i ciężko znosił służbę wojskową z jej wysiłkami i prostotą. Oficer rezerwy musiał się liczyć z prymitywizmem większości swoich przyszłych podkomendnych w pułku, z których większość dopiero w wojsku uczyła się czytać i pisać. Zarówno Moskwa, jak i na pozór gładki zabór austriacki, dbały o jak najniższy poziom wiejskiej ludności w Polsce. Dwuletnia służba wojskowa podnosiła ogromnie poziom cywilizacyjny młodzieży. Stefan pewno po raz pierwszy w życiu musiał wstawać o 5., a czasem o 4. godzinie, mieszkać w dziewięć osób w jednym pokoju, uczestniczyć w alarmach nocnych, trzy razy dziennie czyścić konie, znosić nudę musztry itd. Wielu moich znajomych po roku podchorążówki kawalerii brało się w karby i zaczynało poważnie traktować pracę i problemy życiowe. Obserwowałem nieraz, jak po wielogodzinnych ćwiczeniach Stefan szukał odtrutki na szarzyznę zajęć w mało ponętnej okolicy Grudziądza. Siadał przy niewielkim stole w naszej izbie i zaczynał rysować. Miał w tym kierunku wielkie zdolności; natomiast nasze zapatrywania na zadania sztuki różniły się całkowicie. Stefan szedł za myślą jednego ze swych profesorów i był zdania, że tylko powiązanie malarstwa z architekturą jest czymś sensownym. Malarstwo bez tego określał jako „sztalugowe” i uważał, że jest bez sensu. W swoich poglądach był bardzo kategoryczny i nie chciał ani trochę ustępować ze swego zdania. W okresie rekruckim, trwającym trzy miesiące, życie nasze było bardzo wypełnione obowiązkami, w których mozolnie nabieraliśmy wprawy. W dodatku ciągle nas poganiano i zmuszano do pośpiechu. Jednym z problemów było słanie łóżek. Musiały być idealnie zasłane i wciąż kontrolowane. Stefan był mistrzem w utrzymaniu łóżka tak, aby było równo zasłane. W swojej szafce przy łóżku utrzymywał idealny porządek.
Był w ogóle człowiekiem nadzwyczaj skromnym. Nie chciał nigdy zwracać na siebie uwagi, a jednak mógł zaimponować swoją formą fizyczną. Widziałem go kiedyś czekającego przy ścianie koszar. By nie tracić czasu, ćwiczył stanie na rękach z nogami wyprostowanymi w górę, jak gdyby nigdy nic. Kiedyś urządzono nam forsowną gimnastykę z oficerem wyróżniającym się w tej specjalności. Ustawił „kozioł gimnastyczny” bardzo wysoko i kazał przez niego skakać. Stale go podwyższał, w końcu „kozioł” sięgał prawie do brody. Wśród 180 ćwiczących tylko jeden czy dwóch dało temu radę, wśród nich Stefan.
Przechodziliśmy szkolenie w zakresie dawania rozkazów: „jaki rozkaz – takie wykonanie”. Stefan, tak silny i sprawny, nie mógł się zmusić do głośnego, stanowczego dawania rozkazów. To była jedna z przyczyn niechęci do niego naszego dowódcy plutonu.
Jesień była ciepła i często na dworze czyściliśmy konie, przywiązane do metalowej bariery, tak zwanego „koniowiązu”. Razu pewnego sąsiadujący koń „Smyk” wpadł w zły humor, wyciągnął się na długość łańcucha w stronę Stefana i wygryzł mu skalp na czole z garścią włosów. Krew buchnęła obficie, ale Stefan spokojnie ściągnął koszulę i przytrzymywał nią ranę. Chustka nie byłaby wystarczyła. W pełni opanowany wciągnął mundur i poprosił, abym powtórzył dowódcy, że idzie do sanitariusza. Wrócił z głową tak mocno zabandażowaną, że nie mógł włożyć czapki, a oficerowie dowcipkowali, że mają w swych szeregach Turka w turbanie. Wkrótce jednak wszystko się zagoiło i została tylko blizna.
W grudziądzkiej podchorążówce przysługiwały nam, „ułanom z cenzusem”, dość długie urlopy na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Zaskoczyło mnie, gdy po powrocie zastałem Stefana w doskonałej formie, gdyż spędził czas wolny na nartach w Tatrach.
Mieliśmy w naszej izbie kolegę Austriaka, księcia von Hohenlohe, który miał dziedziczyć wielki majątek po stryju w Polsce. Był wysoki, muskularny i bardzo wysportowany. Opowiadał nieraz o rozgrywanych przez niego meczach tenisowych. Wielkanocny urlop obaj ze Stefanem spędzali w Warszawie. Stefan uchodził za doskonałego tenisistę, ale nie brał udziału w meczach. To wymagało wiele czasu i stałej troski o formę fizyczną, on zaś stawiał sobie na pierwszym miejscu pracę w „Arkonii” i kończenie trudnych studiów. Z ciekawości jednak poszedł popatrzeć na grę Aleksandra i tak mi potem o tym opowiadał: „Wiesz, trochę się na nim zawiodłem, myślę, że nie ustępuje mu pod względem poziomu”.
Od początku naszej służby trzymano nas bardzo krótko i nikt nie mógł korzystać z przepustek do miasta. Po świętach Bożego Narodzenia zaczął się okres studiów: wykłady, poznawanie regulaminów itp. Rozluźniło się dopiero w marcu. Zarządzono pokaz władania szablą przez „cięcie łóz”. W pełnym galopie trzeba było ścinać grube łoziny, jakie rosną nad rzekami. Na ten pokaz przybył sam dowódca całego Centrum Kawalerii – pułkownik Smoleński. I to on właśnie uznał za najlepszego w tej konkurencji Stefana Jasieńskiego. Ścinał łozy bardzo celnie i z wielką siłą. Był jednak człowiekiem o delikatnych nerwach. Gdy, dużo później, urządzono w plutonach podobne zawody „rąbania”, Stefan czuł się w gorszej formie i nie zajął nawet punktowanego miejsca.
W maju przechodziliśmy różne próby, których wyniki miały zadecydować o awansowaniu nas ze „starszych ułanów” na kaprali. Stefan naraził się czymś naszemu dowódcy plutonu, porucznikowi „S”. Ten zadecydował, że nie poda go do awansu. Byliśmy wstrząśnięci i poszliśmy prosić rotmistrza Lewandowicza, dowódcę szwadronu o interwencję. Powoływaliśmy się na zdanie zastępcy dowódcy, plutonowego Kowalewskiego, który poparł naszą prośbę. Rotmistrz wyjaśnił, że ten argument raczej sprawie szkodzi, gdyż powoduje kontrowersję między oficerami, a podoficerami i odmówił.
Z początkiem czerwca cała nasza szkoła wyjechała na sześć tygodni do wsi Psary, w sąsiedztwie poligonu Raducza koło Skierniewic. Piękna wieś położona wśród sadów, zakwaterowanie w wiejskich zagrodach, spanie na ziemi w pustej stodole, a obok żujące obrok nasze konie. Wszystko to przyjmowaliśmy jako wyzwolenie z koszar ogrodzonych wysokimi murami. Nastroje mieliśmy doskonałe, ale Stefan ciężko przeżywał fakt, że nie został uznany za godnego przyznania mu stopnia kaprala podchorążego.

Tymczasem ktoś z naszego szwadronu rzucił myśl, byśmy uwiecznili nasz pobyt w tej gościnnej wsi przez postawienie kapliczki z figurą Matki Bożej przy głównej drodze. Zaprojektowanie i nadzór przy wykonaniu zlecono Jasieńskiemu, który oddał się z zapałem realizacji tego pomysłu. Wśród wielu swoich szkiców wybrał w końcu jeden – kapliczka miała wyglądać jak łódź stojąca dziobem w górę. Zapał podchorążych i radość mieszkańców Psar sprawiły, że roboty poszły szybko i wszystko się uroczyście zakończyło. Kapliczka ta, wielokrotnie odnawiana, przetrzymała wojnę i stoi do dzisiaj. Tak powstało jedyne dzieło architektoniczne Stefana Jasieńskiego.
W połowie lipca 1938 r. zakończyło się nasze szkolenie kawaleryjskie i otrzymaliśmy przydziały do pułków. Stefan został skierowany do 1. Pułku Strzelców Konnych z siedzibą w Garwolinie.”

W trakcie studiów został przyjęty do korporacji akademickiej Arkonia, w której powierzono mu odpowiedzialną funkcję oldermana. Korporacja ta powstała jeszcze w czasach rozbiorowych i miała na celu umacnianie wśród jej członków ducha polskości. Należał do niej również ojciec Stefana Jasieńskiego jako student Politechniki w Rydze. W 1938 r. wrócił na studia, które zmuszony był przerwać w związku z powołaniem go poprzednio do służby wojskowej. Na Politechnice Warszawskiej był bliski uzyskania dyplomu, ale uniemożliwił mu to wybuch wojny.

W szeregach l. Pułku Strzelców Konnych, w składzie Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej, jako dowódca pocztu w plutonie motocyklistów, który dowodzony był przez ppor. Wacława Zaleskiego i wchodził w skład szwadronu rozpoznawczego, walczył w wojnie obronnej Polski do dnia 20 września 1939 r. czyli do momentu złożenia broni przez żołnierzy tej Brygady i kapitulacji jej oddziałów w rejonie Tomaszowa Lubelskiego. Za udział w tych walkach, podczas których został lekko ranny, był dla niego przygotowany wniosek na odznaczenie Krzyżem Walecznych. Nie pogodził się z perspektywą niewoli. Przekroczył granicę Węgier i szlakiem tysięcy ochotników, zwanych przez hitlerowców „turystami” generała Sikorskiego, dotarł w październik 1939 do Francji, gdzie generał Władysław Sikorski formował od podstaw Wojsko Polskie. Tam, w obozie Coetquidan (zwanym przez polskich żołnierzy "koczkodanem") wstąpił do 10. Brygady Kawalerii Pancernej sformowanej przez generała Stanisława Maczka i walczył w obronie Francji z hitlerowski najeźdźcą wiosną 1940 roku. W czerwcu 1940 roku brygada, mimo ogromnych braków sprzętowych (Francuzi nie kwapili się z dostarczaniem czołgów, nawet po tym, jak zostali zaatakowani przez Niemców), wzięła udział w działaniach opóźniających w Szampanii. W trakcie walk żołnierze musieli często porzucać bezużyteczne czołgi i samochody - Francuzi nie zapewnili dostaw benzyny. Po klęsce Francji 18 czerwca pod miejscowością Moloy generał Maczek rozformował brygadę, podzielił żołnierzy na małe grupy i rozkazał na własną rękę przedzierać się do Wielkiej Brytanii. 26 czerwca 1940 roku Stefan Jasieński drogą morską znalazł się na Wyspach, gdzie ponownie spośród żołnierzy - uchodźców odtworzono polskie oddziały.

Ówczesny dowódca 10. Brygady Kawalerii Pancernej, gen. Stanisław Maczek w swoich powojennych wspomnieniach napisał:

"Odwiedzał 10. Brygadę cały szereg generałów brytyjskich [...]. Koroną wszystkiego była wizyta pary królewskiej króla Jerzego VI z królową Elżbietą w dniu 7 marca 1941 roku...".

Z tamtych czasów zachowało się zdjęcie, na którym w miejscowości Forfar w Szkocji, w obecności gen. Sikorskiego, aspirant Jasieński prezentuje sztandar 10. Pułku Strzelców Konnych angielskiej parze królewskiej.

Służąc nadal w 10. Pułku Strzelców Konnych wchodzącym w skład 10. Brygady Kawalerii Pancernej, włączonej w skład 1. Dywizji Pancernej, która w tamtym czasie stacjonowała w Szkocji i broniła przed spodziewaną inwazją pasa wybrzeża między Edynburgiem, a Aberdeen, otrzymał w 1941 roku promocję oficerską. W dniu 16 maja 1942 roku Jasieński został powołany na kurs szkoleniowy skoczków spadochronowych – cichociemnych, na który zgłosił się ochotniczo i który ukończył po siedmiu miesiącach, uzyskując jednocześnie przeszkolenie w zakresie wywiadu. Szkolenie było niezwykle intensywne. Każdy dzień kandydaci na Cichociemnych rozpoczynali 10-kilometrowym biegiem przełajowym. Kursów, które musieli zaliczyć było bez liku - strzelniczy, minerski, terenoznawczy, dywersji i sabotażu, propagandy, wywiadu, łączności, lotnictwa. Ponadto bardzo dobre przygotowanie ogólne obejmujące, szybkie i celne strzelanie z broni różnych typów, znajomość zasad walki nożem, podstawy dżiu-dżitsu i boksu... Najtrudniejsze z nich odbywały się między innymi w Largo House (kursy zaprawowy i spadochronowy), Inverlochy Castle (kurs survivalowy) oraz w Ringway koło Manchesteru (skoki z samolotów). Były to wymagania, którym zdołało sprostać tylko niewielu. Podczas szkolenia cichociemnych następowała ostra selekcja kandydatów. Mówią o tym liczby. Do służby w kraju zgłosiło się 2413 kandydatów, z których 606 ukończyło pomyślnie cykl szkoleniowy, a jedynie 579 zakwalifikowało się do przerzutu lotniczego. Polski kurs wywiadu, zamaskowany pod kryptonimem Oficerskiego Kursu Doskonalenia Administracji Wojskowej mieścił się początkowo w Londynie, a później w Glasgow. Wspomniany kurs Stefan Jasieński ukończył 27 grudnia 1942 roku, uzyskując przeszkolenie w zakresie wywiadu. W dwa dni później, 29 grudnia 1942 roku, złożył przysięgę na Rotę Armii Krajowej i przybrał pseudonim Alfa. Od tej chwili stał się żołnierzem AK, oczekując na przerzut lotniczy do okupowanej Ojczyzny. Stanisław Jankowski pseudonim Agaton również cichociemny, który ukończy szkolenie tak cytuje tekst przysięgi:

"W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej kładę rękę na ten święty Krzyż, znak męki i zbawienia i przysięgam, że będę wiernie i nieugięcie stał na straży honoru Polski, a o wyzwolenie jej z niewoli walczyć będę ze wszystkich sił moich, aż do ofiary mego życia. Wszystkim rozkazom będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało".

W wolne od szkolenia dni Stefan wraz z kolegami często chodził na wyścigi chartów, gdzie zazwyczaj spłukiwali się do cna. Pewnego dnia przehulali w pubie niemal cały żołd, a mimo to postanowili pójść na wyścigi. Zrobili zrzutkę i dla hecy postawili całą zebraną kasę, której nie zdążyli przepić na najmarniejszego i najchudszego charta, który startował z numerem 4. Ku ich zdziwieniu i radości psi chuderlak dobiegł do mety jako pierwszy. Chłopaki zgarnęli ponad 40 funtów wygranej, co było wówczas niemalże fortuną. Koledzy nie wiedzieli o jego nowym przydziale. Kandydaci na skoczków znikali bowiem ze swoich oddziałów po cichu i w tajemniczych okolicznościach. Stąd wśród pozostałych żołnierzy polskich w Anglii jeszcze w 1941 roku zrodziła się owa nazwa - cichociemni.

Wieczorem, 13 marca 1943 roku, z lotniska Tempsford pod Londynem w kilkunastominutowych odstępach wystartowało w kierunku Ojczyzny pięć Halifaxów. Łączna liczba skoczków zabrana ze stacji oczekiwania wynosiła dwudziestu mężczyzn - po czterech w każdym samolocie. Piloci Halifaxów stanowili międzynarodowy dywizjon do zadań specjalnych. Łączna liczba cichociemnych którzy złożyli przysięgę na Rotę Armii Krajowej i oddali skok nad Ojczyzną wyniosła 316, a przeszkolonych i nie przerzuconych do Kraju, którzy zostali zaprzysiężeni na rotę AK po zakończeniu kursów odprawowych w okresie od lipca 1942 do września 1944 roku w Anglii: 150 i w okresie od lutego do lipca 1944 roku we Włoszech: 67. Na pokładzie Halifaxa z zespołem 2, ekipy XXIV, wykonując operację lotniczą o kryptonimie: "Window", znajdował się ppor. Stefan Jasieński pseudonim Alfa wraz z por. Antonim Chmielowskim pseudonim Wołk, por. Stefanem Ignaszakiem pseudonim Drozd oraz ppor. Władysławem Maksysiem pseudonim Azot, który tak opisał przebieg tamtych wydarzeń:

"Wystartowaliśmy o godz. 18.00 [...] Miejscem lądowania w kraju dla naszej załogi był rejon Częstochowy między Lelowem a Janowem. Trasa prowadziła przez Morze Północne, Danię, Bałtyk, Szwecję, Zatokę Gdańską, skąd kierunek na Tczew do Wisły. Nad Danią lecieliśmy lotem koszącym ze względu na ostrzeliwującą nas artylerię przeciwlotniczą. Był to fascynujący widok: szachownica pól, farmy, rzeki, wszystko widoczne bardzo wyraźnie. Nad krajem do miejsca zrzutu prowadziła nas Wisła [...]. Zeskok odbył się sprawnie i bez rozrzutu. Przyjmowała nas placówka z obwodu częstochowskiego pod dowództwem por. lotnictwa Henryka Furmańczyka plus ubezpieczenie całego rejonu zrzutu w postaci dwóch plutonów z bronią maszynową [...]. Ewakuacja odbyła się sprawnie. Oddaliśmy wszystko, zatrzymaliśmy tylko każdy po dwa Colty. Teraz problemem był odskok na określony punkt zakwaterowania. Po odpoczynku cała grupa wraz z miejscowymi żołnierzami AK ruszyła do stacji Rudniki, gdzie kwatery udzielił nam miejscowy nauczyciel. Stąd udaliśmy się do Warszawy".

Ekipa skoczków z tego Halifaxa w kilka godzin później wylądowała na spadochronach typu Irvin QD w okolicach Częstochowy, aby później bez przeszkód szczęśliwie dotrzeć do miejsca przeznaczenia w Warszawie, gdzie wkrótce po okresie aklimatyzacji Oddział II Komendy Głównej AK skierował go do działalności wywiadowczej na Wileńszczyźnie. Relacja siostry ppor. Stefana Jasieńskiego Wandy Komar-Żylińskiej:

„Urban podczas pobytu w Warszawie spotkał się ze swoim kolegą szkolnym Edmundem Osmańczykiem, który pomógł mu uzyskać fałszywe dokumenty na nazwisko Janusz Kręcki, bowiem początkowo posługiwał się kenkartą na nazwisko Jan Krzemiński, która jednak była niestarannie podrobiona, na co zwrócił uwagę Osmańczyk i trzeba ją było zmienić. Prawdziwy Janusz Kręcki zmarł w młodym wieku. " Urban" uzyskał od dawnego swojego nauczyciela-księdza ze Zgromadzenia oo. Marianów na Bielanach jego metrykę i w oparciu o nią została przygotowana dla niego nowa kenkarta.”

Do głównych zadań Stefana Jasieńskiego, podającego się w tym okresie za Janusza Kręckiego, należało zbieranie informacji na temat ruchów większych jednostek niemieckich na zapleczu frontu wschodniego. Wyniki tej pracy były szczególnie ważne dla sztabów alianckich. Fala aresztowań, która przetoczyła się jesienią 1943 r. na obszarze działań ppor. Stefana Jasieńskiego skłoniła dowództwo do odwołania go do Warszawy listopadem 1943 roku powierzając mu wiosną 1944 roku kierownictwo komórki bezpieczeństwa ASKO (Asekuracyjna Komórka Ogólna, własna komórka bezpieczeństwa utworzona w referacie „Wschód”). Wkrótce komórka ta została jednak rozwiązana. Tak oto wizytę na Wileńszczyźnie, a zarazem jedyne spotkanie wspomina siostrzenica ppor. Stefana Jasieńskiego Maria Komarowa:

„To był rok 1944, już po zrzuceniu wuja do Polski. W tym czasie mieszkaliśmy w Wilnie. Pamiętam, że któregoś wieczoru odwiedził nas pan, którego matka przedstawiła nam jako swojego znajomego. Władysław, mój brat oraz ja byliśmy wtedy dziećmi, którymi głównie zajmowały się nianie. Ten gość był pierwszą osobą, która zamiast na nas krzyczeć jak większość dorosłych, potrafił z nami rozmawiać. Pamiętam, jak trzymał mnie na rękach, a nawet mój brat, który nie należał do najgrzeczniejszych chłopców, słuchał go z uwagą. Z tego człowieka emanowało jakieś dobro, którego, pomimo że miałam wtedy tylko parę lat nigdy nie zapomnę. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że to był Stefan Jasieński, brat mojej mamy.”

Końcem lipca 1944 roku wysłano go w okolice Oświęcimia. Stanie się on tutaj znany wtajemniczonym jako Urban. Głównym celem nowej misji ppor. Jasieńskiego było rozpoznanie sytuacji wokół KL Auschwitz. Jak dowiadujemy się z listu Komendanta Głównego AK gen. Tadeusza Komorowskiego pseudonimy: Bór, Znicz, Lawina z 26 lipca 1944 do Komendantów Okręgu Krakowskiego AK (kryptonim Muzeum) oraz Okręgu Śląskiego AK (kryptonim Chodnik) istniało uzasadnione podejrzenie, iż Niemcy mogą podjąć próbę likwidacji wszystkich uwięzionych w celu zatarcia śladów swej ludobójczej działalności. Do szczegółowych zadań Urbana należało: rozpoznanie sił niemieckich tworzących aktualnie załogę SS w KL Auschwitz oraz nawiązanie kontaktów z obozowym Ruchem Oporu, zorientowanie się co do możliwości zbrojnego uderzenia na załogę obozu, porozumienie się w sprawie ewentualnych zrzutów broni, a następnie skoordynowanie działań partyzantów z akcją więźniów. W tym piśmie gen. Komorowski pozostawiał wspomnianym komendantom swobodę decyzji i wzajemnego uzgodnienia ewentualnego zbrojnego uderzenia na załogę SS w KL Auschwitz oraz oddawał Urbana do dyspozycji mjr. Zygmunta Waltera-Janke celem "użycia go do tej akcji".

Urban przed wyjazdem z Warszawy zapoznał się również z planem uwolnienia więźniów obozu oświęcimskiego, opracowanym przez podpułkownika Kazimierza Rawicza i przedstawionym dwa lata wcześniej, w 1942 roku komendantowi głównemu AK. Rozpoznanie miało być prowadzone na rzecz Grupy Operacyjnej "Odra" czyli projektowanego Korpusu AK z sił okręgów Kraków i Śląsk, który w momencie zbliżania się wojsk sowieckich miał spowodować w ramach planu ,,Burza" wyzwolenie Górnego Śląska z uwzględnieniem Oświęcimia i włączających się do walki więźniów KL Auschwitz. Dowódcą Grupy Operacyjnej "Odra" mianowano komendanta Okręgu Krakowskiego AK, gen. Stanisława Rostworowskiego ps. "Odra", natomiast szefem jego sztabu został cichociemny, mjr Jan Górski ps. Chomik. Ppor. Jasieński powierzone mu w Warszawie zadanie, bezpośrednio przez oficera Oddziału II Komendy Głównej AK, ppłk. dypl. Franciszka Hermana-Bogusławskiego zaczął wykonywać w ostatniej dekadzie lipca 1944 roku.

Najpierw dotarł do Krakowa, gdzie uczestniczył w konspiracyjnych zebraniach przedstawicieli AK, BCh i PPS, na których rozważano różne warianty wyzwolenia KL Auschwitz, a następnie został przeniesiony na tereny położone bliżej oświęcimskiego obozu.

Mjr Walter-Janke spowodował, że Urban po chwilowym pobycie w majątku Manowskich w Kańczudze, z końcem lipca 1944 roku został umieszczony w sąsiadującym z tą miejscowością Osieku. Dodatkowo chcąc mu zapewnić bezpieczeństwo i możliwość wykonywania powierzonego zadania oddał go pod opiekę dowódcy Inspektoratu Południowo-Śląskiego AK, por. Antoniego Morawskiego pseudonim Roch, któremu podlegały cztery obwody AK: bielski, wadowicki, żywiecki i oświęcimski. W praktyce ochronę i pomoc najbardziej mógł zapewnić Urbanowi por. Jan Wawrzyczek pseudonim Marusza, Danuta, który jako komendant obwodu oświęcimskiego AK i dowódca oddziału partyzanckiego "Sosienki" miał ku temu największe możliwości. Wkrótce nastąpiło spotkanie Urbana z por. Wawrzyczkiem, lecz z powodu wzajemnego niezrozumienia się, tak potrzebna współpraca nie została nawiązana. W dniu 11 sierpnia 1944 roku hitlerowcy ujęli w Krakowie gen. Rostworowskiego i mjr. Górskiego. Obaj aresztowani zostali w dwa dni później rozstrzelani. W ten sposób sztab Grupy Operacyjnej "Odra" uległ rozbiciu. Pozostały jednak kontakty i nawiązana łączność z Okręgiem Śląskim AK. W tej sytuacji Urban kontynuował powierzone mu zadanie, przebywając u artysty - malarza Józefa Chlebusa w Osieku, który był wychowankiem Jerzego Gonschera, z pochodzenia Austriaka, właściciela dworu w Kańczudze. Gonscher mieszkał w Kańczudze wraz z córką Zofią (obydwoje zmarli w czasie okupacji) i jej sparaliżowanym mężem Włodzimierzem Manowskim. Córką Manowskich była Irena zwana Dzidką. Należała ona do AK, podobnie jak ukrywający się w tym majątku uciekinier z KL Auschwitz - Stanisław Chybiński, posługujący się pseudonimami Lach i Karol, z którym Urban nawiązał bliską współpracę.
Józef Chlebus wynajmował mieszkanie w domu Katarzyny i Władysława Treścińskich w Osieku, na pograniczu tej miejscowości z Malcem, w tzw. Włosieniu. Jego żona z pierwszego małżeństwa miała dwoje dzieci: Annę i Andrzeja Knapczyków.

Urban zamieszkał w domu Treścińskich w Osieku, uchodząc za adwokata z Warszawy przybyłego w odwiedziny do Chlebusów. Należy także wspomnieć, że wcześniej w ich mieszkaniu przebywał niejaki Ludwik Szypuła, rzekomo ukrywający się przed Niemcami. Udzielając mu schronienia, patriotycznie nastawiony malarz nie zdawał sobie sprawy z tego, kim jest w rzeczywistości ten człowiek. Później przyczynił się on do jego aresztowania w listopadzie 1944 roku. Ludwik Szypuła po innych aresztowaniach, które najprawdopodobniej spowodował, został zlikwidowany przez podziemie w Witkowicach.

Anna Trzaska, łączniczka AK, zaprzysiężona przez kpt. Antoniego Szlachcica, uciekiniera z obozu oświęcimskiego ukrywającego się w dworku Manowskich w Kańczudze, tak po latach wspominała tamte wydarzenia:

"Artysta malarz Józef Chlebus przez pewien czas malował pod kierunkiem swojego wuja Jana Styki w Paryżu. [...] W 1937 roku ożenił się z moją matką Marią Wandą Knapczyk. Był uczestnikiem kampanii wrześniowej i po powrocie do domu, mieszkaliśmy wówczas na Śląsku, osiedlił się wraz z całą moją rodziną w Kańczudze, w majątku swojego ojczyma Józefa Gonschera. Z wykształcenia był inż. rolnikiem i absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom inż. rolnika pozwolił mu uzyskać zaświadczenie niemieckie potwierdzające, że pomaga swojemu schorowanemu ojczymowi w prowadzeniu majątku ziemskiego. W rzeczywistości nigdy tego zawodu nie wykonywał i zajmował się jedynie malarstwem. Po kilku miesiącach pobytu w Kańczudze, jesienią 1940 r., przenieśliśmy się na stałe do Osieka, wynajmując mieszkanie w domu Treścińskich.
Józef Chlebus już w 1942 r. zaangażował się czynnie w działalność konspiracyjną, w którą wprowadził go kpt. Jan Barcik pseudonim Soła, organizator w rejonie Kańczugi oddziału partyzanckiego AK.
Z końcem lipca 1944 r. zamieszkał u nas Urban [...], Byłam już wtedy od wiosny 1944 roku łączniczką AK, pseudonim Hanka, zaprzysiężoną przez Antoniego Szlachcica i Stanisława Chybińskiego, z którym Urban później często kontaktował się. Nie uzależniał jednak od niego swojej działalności. W tym czasie dostarczałam korespondencję i przesyłki do Urbana oraz odwrotnie, pochodzące wprost z KL Auschwitz od kierownictwa Rady Wojskowej Oświęcim, poprzez członków grupy PPS w Brzeszczach, a mianowicie Władysława Pytlika i Danutę Bystroń (Relacja Danuty Pytlik z domu Bystroń: „W gabinecie dentystycznym w Jawiszowicach koło Brzeszcz, gdzie byłam zatrudniona, znajdował się punkt kontaktowy z Urbanem, łączniczką z nim była Anna Knapczyk po mężu Trzaska").
Odbierałam także przesyłki kierowane do Urbana z Bielska, na punkt kontaktowy w Kętach, oraz dostarczałam do Kęt informacje wysyłane odwrotną drogą przez Urbana.
Nad analizą otrzymywanych materiałów oraz przygotowaniem odpowiedzi i zapytań do wysyłki pracował on długo i starannie, nieraz po kilka godzin dziennie.
Nazywaliśmy go w domu Januszem (Urban przebywając pod Oświęcimiem prawdopodobnie posługiwał się nadal dokumentami, które wystawione były na nazwisko Janusz Kręcki. Później dopiero otrzymał od przyobozowej organizacji BCh dokumenty, z których wynikało, że nazywa się Stanisław Kozieł). Domyślaliśmy się wprawdzie, że jest skoczkiem spadochronowym, ale tego dokładnie nie wiedzieliśmy. Pamiętam również, że Urban słuchał z nami podczas trwania Powstania Warszawskiego audycji radia londyńskiego BBC w czasie nadawania komunikatów, zatytułowanych „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej” dosłownie rwał sobie włosy z głowy i bardzo rozpaczał, że nie może wraz z kolegami walczyć w obronie Warszawy. Urban przebywał u nas w Osieku do września 1944 r. Czasami jednak opuszczał dom mojego ojczyma i był nieobecny kilka dni. Niemniej stale wracał i stałe miejsce jego pobytu stanowiła pracownia malarska Józefa Chlebusa ".

Anna Trzaska nie wiedziała wówczas, że ppor. Jasieński dla większego bezpieczeństwa poszukiwał dla siebie dodatkowej konspiracyjnej kwatery. O tej sprawie został powiadomiony m.in. członek BCh Jan Adamus pseudonim Bagno, który jednak nie mógł przyjąć Urbana do siebie, ponieważ w jego domu w Malcu ukrywały się już inne osoby poszukiwane przez hitlerowców.

Ostatecznie miejscowi działacze Batalionów Chłopskich - Andrzej Dusik pseudonim Kasprowicz i Karol Petkowski pseudonim Wrzos, z którymi Urban nawiązał stały kontakt, zapewnili mu także dodatkową kwaterę u kowala Franciszka Pawia. Posiadał on w Malcu własną kuźnię. Jego rodzina przejęła dodatkowo opiekę nad cichociemnymi.

Urban starając się zachować całkowitą dyskrecję, mieszkał w jednym pokoju z synami kowala: Antonim i Kazimierzem. Z tym ostatnim, członkiem BCh noszącym pseudonim Sosna, młodym dwudziestoletnim konspiratorem, Urban szczególnie się zaprzyjaźnił. Obydwaj dwukrotnie podejmowali odważne wyprawy rowerowe drogą biegnącą obok obozu w Oświęcimiu. Wracali z niej, jadąc przez most na Sole, a następnie szosą wzdłuż tej rzeki, mijając po drodze położony obok obóz macierzysty w Oświęcimiu. Kiedy dojechali do Rajska, Urban sporządził notatki i potajemne szkice terenu przyobozowego, którego znajomość była tak ważna w wypadku podjęcia akcji zbrojnej na rzecz uwolnienia więźniów .

W Malcu sądzono również, że z zawodu jest adwokatem, przybyłym do tej miejscowości z Warszawy. Ppor. Jasieński oddany był bez reszty prowadzonym w tym kierunku przygotowaniom. Często udawał się w sobie tylko wiadome miejsca i przeważnie opuszczał dom Pawiów wieczorami, a jego powroty następowały późną nocą.

Wiadomo, że Urban nawiązał kontakty z wieloma ludźmi z różnych organizacji i stronnictw politycznych, przede wszystkim AK , BCh i PPS walczącymi w konspiracji już od dawna na tym terenie oraz poznał wielu oświęcimiaków, którym udała się ucieczka. Jeden z nich – Tomasz Sobański - wspomina:

"Spotkanie z Urbanem doszło do skutku w sierpniu 1944 r. Nad Sołą, 300 metrów od drewnianego mostu pomiędzy Łękami i Skidzinem, przybył do nas w towarzystwie łącznika, Andrzeja Dusika , młody, bardzo wysoki mężczyzna, o piwnych, głęboko osadzonych oczach i szerokich kościach policzkowych. Podał swój pseudonim, przywitał się i spokojnie, półgłosem, wyjawił cel wizyty. Okazało się, że pragnie zebrać wszelkie informacje o tym, co dzieje się w Oświęcimiu i jego podobozach, że interesują go ucieczki z obozu, a przede wszystkim możliwość przegotowania akcji zbrojnej przeciwko oświęcimskiej załodze SS na wypadek - wchodzącej w rachubę - masowej likwidacji więźniów, w celu zatarcia śladów dokonanych zbrodni".

To ostatnie z przytoczonych zdań może świadczyć, że prowadzone przygotowania, w których uczestniczył Urban, zmierzały do podjęcia ataku w wypadku rozpoczęcia całkowitej zagłady więźniów przez opuszczające obóz oddziały SS. Broń dla włączających się do walki osób wyzwolonych w obozie oraz dodatkową dla partyzanckich oddziałów uderzeniowych zamierzano otrzymać drogą lotniczą. Natomiast nigdy Urban rozpoznający sytuację w KL Auschwitz i dowództwo Okręgu Śląskiego i Krakowskiego AK, nie myśleli wcześniej opanować obozu. Atak na załogę SS w KL Auschwitz połączony byłby bowiem z dużymi stratami, gwarantował najwyżej krótkotrwały sukces, a zupełnie nie do rozwiązania był problem - co zrobić z wieloma tysiącami uwolnionych ludzi, w większości chorych i wycieńczonych. Powyższe oceny potwierdza w swoich wspomnieniach Edward Hałoń ps. Boruta, Szarota, kierownik przyobozowej organizacji podziemnej PPS, który kilkakrotnie spotykał się w terenie przyobozowym z Urbanem celem omówienia wspólnych działań:

"Oficer Jasieński swoje zadanie traktował niezwykle poważnie, z ogromną odpowiedzialnością, przejęciem, niezależnie, jak sądzę, od jego poglądów na całe to wojskowe przedsięwzięcie. Nie wątpię bowiem, że musiały to być poglądy krytyczne. Sytuacji a się przecież zmieniła, powstanie w Warszawie, bez sukcesów, nasuwało smętne refleksje, ostrzegało przed jakimikolwiek działaniami grożącymi zamkniętemu przecież obozowi rzezią, plan "Burza" załamał się, ofensywa sowiecka została zastopowana i nie wiadomo było, kiedy nastąpi jej ciąg dalszy. Siły terenowe AK i ich możliwości operacyjne były ograniczone".

Warto na ten temat również przytoczyć fragment powojennych wspomnień Zygmunta Waltera-Janke:

"Obozem w Oświęcimiu interesował się sztab Okręgu Śląskiego i Krakowskiego oraz Komenda Główna AK [...]. W wyniku pracy wywiadowczej w Okręgu Śląskim AK znalazły się wystarczające materiały, aby umożliwić rozważania operacyjne. Znana była załoga obozu i rozmieszczenie sił niemieckich na całym Śląsku [...]. Broń do wykonywania podstawowych zadań miał otrzymać Okręg drogą zrzutów przed wybuchem walki [...]. Po wybuchu godziny "W" miano dokonać zrzutów na sam obóz w celu uzbrojenia więźniów. W obozie istniała organizacja wojskowa, która miała pokierować współdziałaniem więźniów w walce [...]. Uwzględniając, że w obozie przebywało około sto tysięcy więźniów, ilość, którą można by uwolnić, była znikoma, ryzyko wielkie - w rezultacie groziła masakra wielu tysięcy ludzi.
W wyniku ostatecznych rozważań doszliśmy do wniosku, że wykonanie tego planu byłoby usprawiedliwione tylko w wypadku podjęcia przez hitlerowców próby wymordowania wszystkich więźniów. Wtedy byłaby to jedyna szansa ocalenia chociażby niewielkiej części uwięzionych. Inaczej mówiąc, więźniowie mieli w sumie większą szansę przetrwania bez wykonania takiego uderzenia [...]. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli nas Niemcy zaskoczą terminem takiej likwidacji, to możemy się spóźnić. Z tego względu wywiad, zarówno wewnętrzny, jak i z zewnątrz obozu, bacznie obserwował, czy nie ma jakichś przygotowań do takiej akcji. Liczyliśmy się też z koncentracją większych sił niemieckich. Byłyby one jednak zaabsorbowane zbiorowym mordem, co zwiększało szansę powodzenia".

Można przypuszczać, że wyniku działalności Urbana na terenie przyobozowym, wśród wielu więźniów KL Auschwitz wytworzył się nastrój pełen napięcia i oczekiwań, a następnie zrodzi on myśl powstania w sierpniu 1944 roku Rady Wojskowej Oświęcim, składającej się przeważnie spośród więzionych w Oświęcimiu oficerów różnych narodowości. Aktywnie działał w niej m.in. więzień Józef Cyrankiewicz , który głównie udzielał odpowiedzi na zapytania otrzymywane od Urbana. Kilka z tych grypsów zachowało się. Widnieją na nich podpisy „Rof” i „J”, które są pseudonimami Cyrankiewicza oraz „Stakło” pseudonim używany w obozie przez Stanisława Kłodzińskiego. Pierwszy z zachowanych grypsów, wysłany z obozu 21 sierpnia 1944 roku, zawiera następujący fragment:

„Na dodatkowe zapytanie Urbana, czy jesteśmy w stanie wysadzić krematoria i gazownie, odpowiadamy, że tak. W odpowiednim momencie będzie to nawet konieczne. Potrzebne wcześniejsze zaopatrzenie nas w materiały wybuchowe”.

Następny gryps z dnia 22 sierpnia 1944 roku zasługuje na szczególną uwagę. Jest opracowany w formie wielostronicowego raportu. Zawiera dokładne informacje dotyczące załogi SS i liczby więźniów w obozie, a przede wszystkim przedstawione są w nim różne możliwości wyzwolenia KL Auschwitz. Gryps skierowany jest do Urbana w celu przekazania go, jak wynika z adresu, dowództwu Okręgu Śląskiego AK. Zawiera charakterystyczne zdanie:

„Desant (atak na obóz – zaopatrzenie w broń). Ta ewentualność daje obozowi jak największe szanse, czyniąc jednocześnie ze śląska teren powstania. Na oznaczony poprzednio sygnał zarządzamy pogotowie i oczekujemy na łączność z oddziałami lądującymi”.

Przytoczone zdania z obszernego raportu świadczą, jak olbrzymią wagę Rada Wojska Oświęcim przywiązywała do działalności Urbana i jak poważnie traktował on swoje zadanie, natomiast przesyłane z obozu materiały dowodzą, jak dokładne było dokonane przez członków RWO rozpoznanie sił załogi SS w KL Auschwitz. Potwierdzeniem powyższej oceny jest także fragment grypsu z dnia 29 sierpnia 1944 roku:

„Pocztę otrzymaliśmy. Pytania Urbana załatwimy […] uważajcie na Urbana, który ze względu na swoją specjalną robotę powinien być jak najbardziej zakonspirowany w fazie obecnej, ażeby mógł zadanie swoje spełnić do końca […]”

Przy ówczesnych możliwościach przyobozowego Ruchu Oporu i obozowych ognisk konspiracyjnych zadanie to było jednak niewykonalne. W dodatku wkrótce działalność Rady Wojskowej Oświęcim i grupa konspiracyjnych więźniów została utrudniona, a potem zahamowana w wyniku stopniowej ewakuacji więźniów, która objęła także wielu członków obozowego Ruchu Oporu. Ostatecznie od zamiaru walki z załogą SS odstąpiono jesienią 1944 roku, kiedy hitlerowcy zaniechali realizacji planu natychmiastowej zagłady więźniów w Oświęcimiu – Brzezince.
Działalność organizacji podziemnych na terenie przyobozowym oraz dowództwa AK na Śląsku, w Krakowie i Warszawie jak również dwumiesięczna działalność Urbana pod Oświęcimiem nie przyniosła osadzonym za drutami KL Auschwitz wolności. Miała jednak inne bardzo ważne znaczenie i w tym wypadku było konieczne zaangażowanie i bohaterstwo tak wielu osób. Więźniowe wiedzieli, że ktoś o nich pamięta, a to uodparniało ich psychicznie, podtrzymywało na duchu i ułatwiało przetrwanie obozowego koszmaru.
Znaczenie tego oddziaływania podkreśla Edward Hałoń:

„Były to ważne, jeśli w ogóle nie najważniejsze zadanie, dostrzegane i realizowane od początku naszej działalności, a nabierającej znaczenia po załamaniu się „akcji zbrojnej”, do którego niejako przyczyniła się wpadka Urbana w końcu września 1944 roku”.

Działalność obozowego i przyobozowego Ruchu Oporu niewątpliwie przyczyniła się do tego, że wspomnianego planu zagłady więźniów nie doprowadził także do skutku znany zbrodniarz, bezpośredni zarządca obozowych urządzeń masowej zagłady, SS-Haptscharfuhrer Otto Moll, który w lecie 1944 roku zadeklarował wobec swoich przełożonych z SS gotowość zrównania z ziemią obiektów obozowych w Brzezince (KL Auschwitz II Birkenau) z równoczesnym wymordowaniem wszystkich, pozostałych jeszcze przy życiu, więźniów obozu oświęcimskiego. W ten sposób SS zlikwidowałoby świadków i zatarło ślady zbrodni niespotykanego dotychczas w dziejach ludzkości ludobójstwa. Projekt likwidacji obozu często określany „planem Molla”, w poważnym stopniu udaremniła znana hitlerowcom działalność konspiracji wewnątrz obozu i poza jego drutami.

W działalności tej uczestniczył cichociemny ppor. Stefan Jasieński, który swój bohaterski trud pod Oświęcimiem przypłacił w krótce aresztowaniem i osadzeniem w KL Auschwitz.
Tragiczne wydarzenie, które miało miejsce w Malcu wieczorem z 28/29 września 1944 roku, położyło ostatecznie kres działalności Urbana w przyobozowym Ruchu Oporu. Tego wieczoru szef łączności obwodu BCh Karol Petkowski, otrzymał wiadomość od Emilii Tedy, pokojówki miejscowego dziedzica Oskara Haempla, Austriaka, który pracował jako ichtiolog i mieszkał na stałe w Wiedniu. Wspomniana pokojówka podsłuchała rozmowę telefoniczną gestapo z rządcą tego majątku również Austriakiem, Karolem Ehrhardtem, że wieczorem rozpocznie się w tej miejscowości hitlerowska obława. Petkowski polecił zawiadomić wszystkich zagrożonych, aby schronili się za wsią, obok kapliczki, na tak zwanej „Grapie”, czyli zalesionym pagórku, położonym między Malcem a Nową Wsią. Korzystne usytuowanie tego miejsca dawało pewne gwarancje bezpieczeństwa, ponieważ ze wzniesienia można było obserwować co dzieje się w niżej położonych wioskach. Sam również udał się do wyznaczonego na schronienie miejsca.

„Była godzina 21:00 […]. Spojrzałem na niebo. Księżyc przedzierał się przez chmury i oświetlił z białą kapliczką na jej wzniesieniu. Zdziwiłem się. Sądziłem, że będę pierwszy, tymczasem na „Grapie” przy kapliczce stali już jacyś ludzie […]. Podobni ubiorem do siebie, wszyscy mają długie płaszcze. Niemcy […]. Wtedy szybko w tył zwrot i ile tchu w piersiach w stronę maleckiego lasu. Puszczono za mną serię z automatu. Niecelnie. Uratowała mnie czarna masa drzew zasłaniająca księżycowy prześwit. Odwróciłem się, aby zobaczyć czy mnie ścigają, stwierdziłem, że Niemcy zaniechali pościgu […]. Panował spokój. Nie zdążyłem jednak nikogo uprzedzić. Szli od domów drogą ku kaplicy. Większość miała szczęście. Zauważyli i rozpoznali żandarmów. Zawrócili. Ostrzegł ich głos automatu skierowanego do mnie”.

Najmniej szczęścia miał Urban, który w tym czasie przebywał w domu Pawiów w Malcu. Ostrzeżony przez ich syna Kazimierza o grożącym niebezpieczeństwie wraz z nim szedł na miejsce konspiracyjnej zbiórki. Po drodze obydwaj natknęli się na niemiecki patrol, dowodzony przez zastępcę komendanta żandarmerii z Osieka, Stefanowitza, który był volksdeutschem pochodzącym z Besarabii. Kazimierz Paw tak zapamiętał tamten wieczór:

"Noc była jasna, księżycowa. Po przejściu około trzystu metrów byliśmy już obok dworu Oskara Haempla w Malcu, stąd mieliśmy iść wąwozem do kapliczki, która stała na wzgórzu niedaleko lasu. Tam mieliśmy się spotkać z Karolem Petkowskim [...]. Kiedy byliśmy w wąwozie, z ziemi podniosła się nagle jakaś postać. Odruchowo zapytałem: „Czy to ty Karol?” - myśląc, że to czekający na nas Petkowski. W tej chwili zobaczyłem następną postać i rozległ się kilkakrotnie okrzyk: „Halt!”. Błyskawicznie rzuciłem się do ucieczki w kierunku rosnących obok wąwozu krzewów i zarośli. Strzały były niecelne. Od serii kul czułem jedynie sypiące się na mnie liście i drzazgi odarte z rosnących drzew. Idący za mną w odległości kilku metrów por. Urban, nie znając dobrze terenu, wybrał niekorzystny dla siebie kierunek ucieczki. Biegł z powrotem wąwozem w kierunku zabudowań dworskich, które poprzednio mijaliśmy. Wysoki mężczyzna, w świetle księżyca był bardzo dobrze widoczny. W czasie ucieczki por. Urban został ranny".

Z relacji innych naocznych świadków, którzy po wojnie odtworzyli z pamięci przebieg dalszych losów rannego, dowiadujemy się, że dobiegł on z powrotem do zabudowań dworskich Oskara Haempla i tam został schwytany, nie mogąc już dalej iść z powodu odniesionych ran. Trasa ucieczki wynosiła około dwustu metrów i znaczona była krwią, widoczną nazajutrz na opadłych, z drzew jesiennych liściach. Urban w momencie aresztowania posługiwał się konspiracyjnie podrobionym dowodem osobistym na nazwisko Stanisława Kozieła , który był mieszkańcem Bulowic. Jego prawdziwy dowód wykradł mu Karol Petkowski i wzorując się na nim spowodował wykonanie fałszywego dokumentu, z wklejonym do niego zdjęciem Urbana. Edward Hałoń w swoich wspomnieniach pisze:

"Liczne materiały, szkice, mapy, jakie przy nim znaleziono, sprawiły, że natychmiast został dowieziony do obozu w Oświęcimiu. Dla RWO i "Rota" osobiście były to dramatyczne, gorączkowe godziny i dni. Jak wybrnąć z aresztowania Urbana, jak go poinstruować, co i na ile może on ewentualnie zdradzić, jak przeciwdziałać ewentualnym konsekwencjom. W obozie Tadek Hołuj, jak mi to później opowiadał, dotarł do rannego, sugerując mu określoną treść zeznań".

Jeszcze tej samej nocy hitlerowcy przewieźli sanitarką schwytanego skoczka z Malca do KL Auschwitz. Rany Urbana były poważne i Oddział Polityczny (Politische Abteilung), czyli obozowe gestapo poleciło go umieścić w bloku szpitalnym nr 21. Stan Urbana wymagał natychmiastowej pomocy chirurgicznej, której udzielili rannemu lekarze - więźniowie z tego bloku: naczelny chirurg Tadeusz Orzeszko (nr obozowy 131527) i chirurg Zbigniew Sobieszczański (nr obozowy 77022). Ten ostatni tak napisał o tym wydarzeniu po wojnie:

"Zanim jeszcze rannego dostarczono, przybiegł do mnie kol. Stanisław Kłodziński z bloku nr 20 z informacją, że postrzelono jednego z członków przyobozowej tajnej organizacji oraz żądaniem by, o ile to możliwe, zapobiec natychmiastowemu przesłuchaniu przez Politische Abteilung. Wkrótce zjawili się pracownicy obozowego gestapo z rannym. Pierwszej pomocy udzieliliśmy mu z doktorem Tadeuszem Orzeszko i udało się nam szepnąć więźniowi, by udawał ciężko chorego, a ponadto przekonać Lagerarzta o ciężkości ran czyniących rannego niezdatnym do przesłuchań przez to, że do próbki ¬oczu pobranej od rannego dodaliśmy kilka mililitrów krwi, która miała świadczyć o uszkodzeniu nerki".

Podobnie zapamiętał to zdarzenie Tadeusz Orzeszko:

"W drugim półroczu 1944 r. gestapo przywiozło cywila rannego w brzuch i udo, polecając, by zająć się nim natychmiast. Dyskretnie uprzedzono mnie, że to jakaś ważna osoba. [...] Ponieważ Oddział Polityczny stale informował się o stanie zdrowia więźnia wiedziałem, że go wezmą na badania; poleciłem podawać różne środki nasenne łącznie z morfiną, ażeby utrzymać chorego w stanie zamroczenia i odwlec zabranie go. Udało się to przez kilka dni. W tym czasie [...] porozumiano się dyskretnie z więźniem i przygotowano go do zeznań".

W dniu przywiezienia "Urbana" do KL Auschwitz, czyli 29 września 1944 roku, więzień Tadeusz Szymański (nr obozowy 20034) pracujący w obozowym biurze ewidencji nowo przybyłych (Aufnahmekommando) otrzymał polecenie, przekazane mu przez Kazimierza Smolenia (nr obozowy 1327), aby spisać dane personalne postrzelonego w rejonie przyobozowym cywila. Kiedy udał się do bloku nr 21, nowo przywieziony był nieprzytomny. Po chwili przytomność odzyskał i Szymański mógł z nim zamienić kilka słów. Urban odmówił udzielenia jakichkolwiek informacji o sobie, prosił jedynie, aby o jego aresztowaniu powiadomić Benka. Równocześnie sanitariusz Jan Wolny, dał do zrozumienia Szymańskiemu, aby personaliów rannego nie spisywał, a po powrocie do biura Aufnahmekommando zgłosił, że cywil przytomności w ogóle nie odzyskał. Szymański po powrocie do biura postąpił zgodnie z zaleceniem Jana Wolnego. Ponadto przekazał kolegom, że ranny chciał rozmawiać z Benkiem, domyślając się, że jest to pseudonim Bernarda Świerczyny . Informacja ta wywołała natychmiastową reakcję u więźniów Ludwika Rajewskiego (nr obozowy 4217) i Tadeusza Wąsowicza, (nr obozowy 20035), którzy wyszli z biura i udali s¬ię do bloku nr 27, gdzie przebywał Świerczyna, tkwiący w centrum owych dramatycznych wydarzeń. Po powrocie Rajewski oświadczył w obecności Szymańskiego:

"Wszystko załatwione, wiadomość wyszła na zewnątrz".

Trzeba tutaj wyjaśnić, że na rzecz więźniów działał oddział partyzancki AK "Sosienki" dowodzony przez wspominanego już komendanta obwodu oświęcimskiego AK por. Wawrzyczka. Ten utrzymywał kontakt za pomocą grypsów ze Świerczyną, który reprezentował w Radzie Wojskowej Oświęcim grupę oficerów podległych już poprzednio AK. Bernard Świerczyna nie zajmował najbardziej eksponowanych funkcji w strukturach obozowej konspiracji, ale miał bardzo szerokie kontakty tak wewnątrz obozu, jak i na zewnątrz i zaniepokojony wysłał natychmiast z obozu gryps z zapytaniem, co należy uczynić ze skoczkiem tak dużo wiedzącym o organizacji. Por. Wawrzyczek, nie utrzymujący z Urbanem prawie żadnych kontaktów, odpisał:

"Urban zna jedynie kilka melin, które mogą być przez nas zlikwidowane, a więc z jego strony nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo".

W tym czasie, kiedy Urban otrzymał środki nasenne, aby nie mógł być przesłuchiwany przez Politische Abteilung, trwały w obozie gorączkowe narady, w których uczestniczyli m.in. Józef Cyrankiewicz, Tadeusz Hołuj ps. Robert i Stanisław Kłodziński oraz wspomniany już Zbigniew Sobieszczański, który tak te wydarzenia opisał:

"Od pacjenta dowiedziałem się, że znaleziono przy nim plan obozu oświęcimskiego z oznaczonymi obiektami przemysłowymi . Plan ten miał być dostarczony organizacji celem dalszego przekazania. Kol. Kłodziński poprosił mnie o przybycie do bloku nr 20, gdzie spotkaliśmy się z więźniem Józefem Cyrankiewiczem. Rozmowa dotyczyła rannego i możliwości „wsypy” organizacji obozowej, ponieważ istniało prawdopodobieństwo, że więzień ten zna nazwiska członków organizacji i może je ujawnić w Politische Abteilung, przy zastosowaniu znanych metod badania. Rozważaliśmy wówczas możliwość pozbawienia więźnia życia dla ratowania organizacji. Plany te przestały być aktualne po rozmowie z rannym, w której uzyskałem pewność, że więzień zna jedynie pseudonimy, których ujawnienie nie przedstawiało tak wielkiego niebezpieczeństwa".

Pewien zasób wiedzy na wydarzenia tego dnia, który tak poruszył konspirację obozową, dostarczają następne zachowane grypsy, wysyłane już po osadzeniu Urbana w KL Auschwitz, informujące przyobozowy Ruch Oporu o losie rannego w obozie. Autorami ich są: Cyrankiewicz i S. Kłodziński. W dniu 29 września 1944 r. wysłano dwa grypsy w sprawie Urbana, podpisane przez Cyrankiewicza, z adnotacją "b. pilne" i "pilne". Pierwszy z nich skierowany jest do Konstantego Jagiełły pseudonim Kostek , uciekiniera z obozu, walczącego w partyzantce na terenie przyobozowym oraz członka kierownictwa grupy PPS w Brzeszczach. W grypsie jest między innymi zawarta prośba, aby o aresztowaniu "Urbana" zawiadomić ukrywającego się w Kańczudze, uciekiniera z KL Auschwitz Stanisława Chybińskiego pseudonim Karol:

"Urban wpadł z materiałem przedsięwziąć środki. Zawiadomić Karola. Dobrze zakonspirować się w terenie. Nie stwarzać paniki. Prowadzić dalej robotę [...]. Podać punkt na szybką łączność z Karolem [...]. W obozie zaostrzenia ze względu na ujawnione przygotowania, o których była mowa w pismach znalezionych przy Urbanie. Jakie będą wyciągać konsekwencje nie wiadomo. Urban jest u nas postrzelony. Zawiadomić Karola".

Drugi ze wspomnianych grypsów adresowany do Teresy Lasockiej - Estreicherowej pseudonim Tell , działającej aktywnie w komitecie na terenie Krakowa pod nazwą Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych (PWOK) oraz do wspominanego już Edwarda Hałonia, który w tym czasie działał również w tym komitecie:

"Urban aresztowany. Wpadły przy nim projekty dotyczące obozu. W obozie zaostrzenie. Konferencja władz [...]. W każdej chwili oczekiwane są represje [...]. Ujawnione na zewnątrz w wypadku Urbana zamiary i plany samoobrony więźniów czynią obóz bezbronnym (wpadły przy Urbanie odbitki fotograficzne przewidzianych planów akcji). Dla obozu pozostaje tylko jedna możliwość realna, której przygotowań nie są w stanie sparaliżować, a mianowicie desant lotniczy [...]. Urban postrzelony leży na bloku 21. Uważajcie na siebie. Zawiadomić Śląsk".

Treść powyższego grypsu jest dramatyczna. Obozowy Ruch Oporu w wypadku załamania się Urbana w czasie śledztwa przewidywał całkowitą dekonspirację Rady Wojskowej Oświęcim i czynionych dotychczas przygotowań do walki z hitlerowcami. Stanisław Chybiński o aresztowaniu ppor. Jasieńskiego zawiadomił mjr. Zygmunta Waltera-Janke w meldunku z 4.10.1944 roku:

„Urban wpadł z kopią pierwszego raportu "Rota". [...] Byłoby bardzo wskazanym mianowanie w O. [obozie - dop. AC] komendanta z ramienia AK, gdyż to zobowiązywałoby do ścisłej z nami współpracy".

Jego aresztowanie było silnym ciosem dla Rady Wojskowej Oświęcim, który tak poruszył wszystkich więźniów w obozie oświęcimskim, wtajemniczonych w prowadzone przygotowanie zbrojnej walki z załogą SS. Równocześnie zaistniało niebezpieczeństwo dekonspiracji, z czego również zdawali sobie sprawę działacze przyobozowego Ruchu Oporu. Wkrótce brat Edwarda Hałonia - Kazimierz, działający w brzeszczańskiej grupie PPS, przesłał do obozu wiadomość o aresztowaniu Urbana, nie wiedząc, czy Rada Wojskowa Oświęcim jest już o tym wydarzeniu powiadomiona. Tamten dramatyczny dzień tak opisał on w złożonej po wojnie relacji:

"Natychmiast po jego aresztowaniu z Łęk przez łącznika powiadomiłem o tym w obozie Cyrankiewicza dodając, że Urban ma ze sobą plan ostatecznego zlikwidowania obozu. Kopia tego planu opisana przez Cyrankiewicza była wysłana z obozu. Wobec tego zaproponowałem Cyrankiewiczowi, że należy spowodować śmierć Urbana. Było to konieczne dla ratowania Cyrankiewicza i całej organizacji. Następnego dnia po wysłaniu tego grypsu otrzymałem od Cyrankiewicza odpowiedź, w której wyjaśniał, że w obozie organizacja wie o aresztowaniu i usunęła wszystkie dowody, a Londyn, należy powiadomić [...], aby radio londyńskie nadało komunikat, w języku niemieckim, grożąc, że w razie śmierci Urbana nastąpi odwet na oficerach niemieckich, znajdujących się w niewoli angielskiej. Wynikiem tej akcji była audycja nadana przez BBC w języku niemieckim".

Audycja została nadana w drugiej połowie października 1944 roku Depeszę z prośbą o jej nadanie przygotował Edward Hałoń:

„My, w Krakowie, mogliśmy na sugestię Rota zareagować wysłaniem przez iskrówkę Delegatury depeszy do Londynu (redagowałem ją w kołchozie na Mostowej), w wyniku której rząd angielski ogłosił przez radio, że [...] Stefan Jasieński jest oficerem Jego Królewskiej Mości i obowiązuje w stosunku do niego prawo jeńca wojennego. Naruszenie tego prawa spotka się z brytyjską reakcją. Zgodność zeznań Urbana , który podał swoje prawdziwe nazwisko i stopień woj skowy, z treścią ostrzeżenia Rządu Jego Królewskiej Mości uchowało go, przynajmniej na czas jakiś, od śmierci, a członków RWO od dekonspiracji”.

Wspomniana audycja upewniła hitlerowców w prawdziwości zeznań Urbana, które złożył gestapowcom z Politische Abteilung w uzgodnieniu i pod wpływem członków Rady Wojskowej Oświęcim, sugerując esesmanom przesłuchującym go w KL Auschwitz, że jest skoczkiem, rzekomo niedawno zrzuconym na spadochronie, z zadaniem rozpoznania sytuacji panującej w obozie oświęcimskim, a posiadane przy sobie materiały otrzymał od jakiegoś cywila, który był jego łącznikiem. Ten sposób składania zeznań utwierdził hitlerowców o dalszym zainteresowaniu zachodnich aliantów sytuacją i losem więźniów w KL Auschwitz. Tym bardziej, że 10 październiku 1944 roku radio londyńskie BBC nadało audycje w różnych językach, ostrzegające załogę SS przed odpowiedzialnością grożącą jej członkom w wypadku podjęcia całkowitej zagłady uwięzionych w tym obozie. Nie ma na to dowodów, aby funkcjonariusze Politische Abteilung skojarzyli sobie oficera alianckiego, ppor. Stefana Jasieńskiego z postacią Urbana, natomiast on sam, zapewne dzięki umiejętnej grze, nie zdradził swoich powiązań z więźniami w obozie i przyobozową konspiracją, a także z Komendą Okręgów Śląskiego i Krakowskiego AK oraz Komendą Główną AK w Warszawie. Rada Wojskowa Oświęcim sądziła, że w ten sposób ppor. Jasieńskiemu uratuje się życie i zostanie skierowany do obozu dla jeńców wojennych.

W ramach sił Okręgu Śląskiego AK na zewnątrz obozu - już po aresztowaniu Urbana - nadal brano pod uwagę ewentualne zbrojne uderzenie na załogę SS w KL Auschwitz. Dowodem tego może być zachowana nominacja Rota na dowódcę sił konspiracyjnych struktur AK w obozie, którą w dniu 14 października 1944 roku podpisał mjr dypl. Zygmunt Walter-Janke . Wiadomość o tej nominacji nie dotarła jednak do Józefa Cyrankiewicza, ponieważ przebywający w Kańczudze Stanisław Chybiński, pełniący wówczas funkcję zastępcy Inspektora Bielskiego AK, nie przekazał jej do obozu, a oryginał nominacji przekreślił i opatrzył adnotacją: „nieaktualne”. Swoją decyzję uzasadnił m.in. tym, że ostatnio jego łączność z konspiracją obozową zupełnie została przerwana.

Pobyt Urbana w szpitalu obozowym mógł trwać przypuszczalnie kilka tygodni. Przebywał on najpierw w bloku nr 21 w sali nr 6. Była to sala pooperacyjno- aseptyczna, w której pielęgniarzami byli: więzień Czesław Arkuszyński (nr obozowy 131603) i więzień Ludwik Kowalczyk (nr obozowy 121336), a po pewnym czasie dopiero w sali nr 3, gdzie chorymi opiekował się sanitariusz obozowy Jan Wolny (nr obozowy 15496).

Tadeusz Hołuj wkrótce został umieszczony na liście transportowej, o co sam zabiegał i wywieziony do obozu w Litomierzycach 28 października 1944 roku. Ludwika Kowalczyka również w tym samym miesiącu przeniesiono do Sachsenhausen, a Czesław Arkuszyński w listopadzie tegoż roku wyjechał w transporcie więźniów do Buchenwaldu. Namawiał go do tego Urban świadomy zagrożenia, jakie powodował swoją osobą dla więźniów, z którymi miał kontakty w bloku nr 21. Powiedział Arkuszyńskiemu również, że gestapowcy polecili mu, aby posługiwał się nazwiskiem Stanisław Kozioł i pod tym nazwiskiem zarejestrowano go w obozie. Urbana przeniesiono po kilku tygodniach z bloku szpitalnego nr 21 i osadzono w celi 21, w podziemiach bloku nr 11, zwanego Blokiem Śmierci. Warunki w tej celi były lepsze niż w pozostałych. Znajdowała się w niej prycza i spore okno, przez które można było się porozumiewać z więźniami z obozu.
Obecność Urbana w szpitalu obozowym, a następnie w Bloku Śmierci, ciągle stanowiła realne niebezpieczeństwo dla pozostałych w obozie członków Rady Wojskowej Oświęcim, w wypadku jego rozpoznania, czy załamania się, podczas prowadzonych nadal przesłuchań. Jaki był ich przebieg, trudno dzisiaj ustalić. Niemniej nie ma żadnych dowodów, aby Urban kogokolwiek zdradził i ktokolwiek z powodu jego zeznań został aresztowany lub zamordowany przez hitlerowców. Swoją postawą wzbudzał on szacunek wśród współwięźniów.
W grypsie z 18 października 1944 roku, napisanym przez Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego, można przeczytać:

„Urban zeznał, że przez kilka dni mieszkał u Jantara - liczyć się z tym, że Brzeszcze będą pod obserwacją”.

Wspomniany w powyższym grypsie Jantar to Emil Golczyk, jeden z przywódców grupy konspiracyjnej PPS w Brzeszczach, który zbiegł, ostrzeliwując się przy próbie jego aresztowania przez żandarmów niemieckich 24 września 1944 roku. Ukrywał się potem w Krakowie. Zmarł przedwcześnie w sierpniu 1945 roku. Informacja uzyskana od Urbana prowadziła gestapo obozowe na ślad, który nikomu nie zagrażał, ponieważ Emil Golczyk w Brzeszczach już nie mieszkał, a powyższe zeznanie służyło tylko wprowadzeniu w błąd przesłuchujących. Obozowy Ruch Oporu prawdopodobnie tego nie wiedział i powyższa wiadomość wzbudziła zaniepokojenie wśród jego członków. Starano się mieć kontakt z osadzonym w podziemiach Bloku Śmierci, a jednocześnie znać treść jego zeznań. Potwierdzeniem powyższego spostrzeżenia jest fragment ostatniego zachowanego grypsu w sprawie Urbana, z 20 listopada 1944 roku, wysłanego do Teresy Lasockiej-Estreicherowej w Krakowie, pod którym widnieje podpis Stanisława Kłodzińskiego - Stakło:

„O Urbanie podamy osobno. Krak. Na razie nie sypie. Dostęp mamy”.

To już ostatnia informacja, którą można uzyskać na temat Urbana z zachowanych grypsów obozowego Ruchu Oporu, przechowywanych obecnie w zbiorach Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Pozostały jednak inne materiały, które dostarczają dalszych wiadomości o nim.

W swoi powojennym oświadczeniu ksiądz Władysław Grohs de Rosenburg, ówczesny wikary w Oświęcimiu, kapelan obwodu oświęcimskiego AK, jeden z organizatorów pomocy dla więzionych w KL Auschwitz, osadzony w obozie 10 listopada 1944 roku, opisuje, że rozmawiał z Urbanem w dniu 3 grudnia 1944 roku. Miało to miejsce w niecodziennych okolicznościach, w baraku obozowego gestapo, gdzie ksiądz Grohs wraz z Urbanem oczekiwali na przesłuchanie. W pewnym momencie nastąpiła niespodziewana przerwa z powodu przywiezienia przez esesmanów osób schwytanych w terenie przyobozowym po stoczonej potyczce z partyzantami AK. Oczekujących na przesłuchanie zostawiono chwilowo w spokoju. Siedzieli obok siebie. W pewnej chwili ksiądz Grohs przedstawił się Urbanowi i powiedział, że wie, kim on jest, ppor. Jasieński skorzystał z wyjątkowej okazji i poprosił o spowiedź, po skończeniu, której zdążył jeszcze powiedzieć do ks. Grohsa, że ma duże nabożeństwo do serca Pana Jezusa. Wkrótce więźniów rozdzielono, rozpoczynając przesłuchania.

Obozowe gestapo nie przypuszczało, że aresztowało Urbana, o którym sądziło, że nadal działa pod obozem. Może świadczyć o tym fragment zachowanego raportu komendantury policji bezpieczeństwa w Katowicach z dnia 18 grudnia 1944 roku:

"Jak wynika z przechwyconego materiału, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest także w strefie działania AK. Z ramienia inspektoratu obozem zajmuje się Wojskowa Rada Obozu - WRO [...]. Jako komendant obozu z ramienia AK wyznaczony został niejaki Rot. Zajmuje się on zwłaszcza sporządzaniem raportów o sytuacji w obozie i przekazywaniem ich dalej do okręgu za pośrednictwem niejakiego Urbana [...]. Raporty o sytuacji w obozie oświęcimskim zawierają dane o transportach więźniów przybywających i odprawianych z obozu, podziale obozu, stanie personelu i obsady, charakterystyce poszczególnych dowódców SS, organizacji więźniów oraz o planach na przyszłość. Do zadań WRO należy także przygotowanie ucieczek więźniów. Dalszą opiekę nad zbiegłymi sprawuje powołana w tym celu organizacja Bojówka, która ma łączność z różnymi punktami kontaktowymi w Krakowie. Obecnie organizacja ta jest rozpracowywana, o czym, po upływie pewnego czasu, sporządzony zostanie specjalny raport".

Z przedstawionego fragmentu raportu wynika, że policja bezpieczeństwa na Górnym Śląsku, wiedziała o działalności obozowego Ruchu Oporu i znała pseudonim jego przywódcy. Wiadomości powyższe przekazało obozowe gestapo z KL Auschwitz m.in. w oparciu o materiały znalezione przy Urbanie podczas jego aresztowania w Malcu. Dalszy bieg wypadków mógł doprowadzić do sytuacji, że Politische Abteilung zdekonspirowałoby całkowicie organizację obozową i nastąpiłyby aresztowania wewnątrz obozu. Działania wojenne wojsk sowieckich powodujące przesunięcie się linii frontu na teren Górnego Śląska oraz ewakuacja urzędów niemieckich i policji, uniemożliwiły jednak hitlerowcom prowadzenie dalszego rozpoznania, a tym samym będące w toku śledztwo nie zakończyło się tragicznie dla obozowego Ruchu Oporu, w tym przede wszystkim dla pozostałych w obozie członków Rady Wojskowej Oświęcim.

27 stycznia 1945 roku oddziały sowieckie przyniosły w Oświęcimiu-Brzezince wolność pozostałym jeszcze przy życiu więźniom, których nie zdążono ewakuować do innych hitlerowskich obozów koncentracyjnych, położonych w głębi III Rzeszy. Wcześniejsze plany wymordowania wszystkich uwięzionych w KL Auschwitz niewątpliwie w poważnym stopniu udaremniła hitlerowcom, w świetle dotychczasowych rozważań, znana im działalność Rady Wojskowej Oświęcim i spowodowane przez nią audycje londyńskiego radia BBC, ostrzegające ludobójców przed realizacją przerażających zamiarów oraz pogotowie zbrojne oddziałów Okręgu Śląskiego AK.

Urban pozostawił w wyzwolonym obozie niecodzienną informację o sobie, która świadczy, że przebywał on jeszcze na początku tego ostatniego obozowego miesiąca w KL Auschwitz. Na ślad tej informacji udało się natrafić dopiero po upływie dwudziestu lat od zakończenia wojny. Zadecydował o tym przypadek. Mianowicie w 1965 roku byty więzień KL Auschwitz, Karol Świętorzecki, zwiedzając Państwowe Muzeum w Oświęcimiu dostrzegł na drzwiach oświęcimskiej celi śmierci, oznaczonej wspomnianym numerem, tzw. cyrkiel korporacji Arkonia. W rozmowie z Zofią Sroczyńską, której mąż Roman należał do tej korporacji - doszedł do wniosku, że znak ten mógł wykonać ich zaginiony w czasie wojny przyjaciel ppor. Stefan Jasieński. Zofia Sroczyńska poprosiła Muzeum Oświęcimskie o przesłanie zdjęcia drzwi celi nr 21 znajdującej się w podziemiach Bloku Śmierci. Oglądając dokładnie otrzymaną fotografię zauważyła, że widnieją tam również inne rysunki, na które Karol Świętorzecki nie zwrócił uwagi. I nagle wszystko stało się jasne. Za pomocą tych rysunków Jasieński symbolicznie „napisał” pamiętnik swojego bogatego w różnorodne doświadczenia życia: herb rodu Jasieńskich Dołęga, studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej (otwarta książka, ołówek, pióro, rysownica, przykładnica i dwie ekierki, kielnia, cyrkiel korporacji Arkonia), służba wojskowa w kawalerii i wojskach pancernych (lanca ułańska z proporcem, szabla, koń, motocykl, czołg), powrót do kraju "najkrótszą drogą" (odznaka cichociemnych przedstawiająca spadającego do ataku orła z wieńcem w szponach, samolot bombowy Halifax, skoczek opadający na spadochronie), typowa sylwetka psa z wyścigów psich w Anglii, kielich ze słabo czytelną datą 1.11.1945, którym być może w symboliczny sposób Jasieński chciał witać Nowy Rok. Ponadto podobizna kalefaktora aresztu obozowego w podziemiach bloku nr 11 z nazwiskiem Jakub Kozielczuk.

Rysunki wykonane są z dużym realizmem, z zachowaniem proporcji i znajomością detali. Świadczą o świetnej pamięci wzrokowej autora oraz o jego dużych zdolnościach plastycznych. Tym bardziej że powstały one w prymitywnych warunkach, na nierównych deskach drzwi, za którymi bez możności ratunku i pomocy zamknięty był ich twórca.

Dwa rysunki o tematyce religijnej również wykonał w tynku ścian celi nr 21 więziony w jej wnętrzu cichociemny. Pierwszy z tych rysunków przedstawia postać Chrystusa Ukrzyżowanego, natomiast drugi, wizerunek Jezusa Miłosiernego, częściowo tylko podobny do tego, który nosił przy sobie na obrazku, znalezionym przy nim po aresztowaniu go przez hitlerowców w Malcu. Obok drzwi wejściowych do celi nr 21 Urban wykonał także na ścianie herb Warszawy, Syrenkę z tarczą i mieczem w dłoniach, kalendarz, który zawiera wyryte pionowo w tynku liczby 13, 20, 27, 4, 11, 18, 25 i 1, a nad nimi literę P. Są to kolejne poniedziałki od 13 listopada 1944 roku do 1 stycznia 1945 roku. W linii poziomej poszczególne dni tygodnia znaczone są w tynku kropkami. Szczególnie głęboko wyryta i starannie wykonana jest jedynka, czyli 1 stycznia 1945 roku. Po niej poziomo umieszczone są dwie kropki, a więc 2 i 3 stycznia tego ostatniego obozowego miesiąca. Częściowo tynk już dzisiaj odpadł i dlatego nie można ustalić liczby "wykropkowań" do 7 stycznia 1945 roku. Data kolejnego poniedziałku - 8 stycznia 1945 roku - nie została już wykonana przez twórcę kalendarza, który wówczas odmierzał dni jego cierpień, a obecnie nasuwa przypuszczenie, że ppor. Stefan Jasieński opuścił oświęcimską celę śmierci nr 21 dopiero pomiędzy 4 a 7 stycznia 1945 roku. W jakich okolicznościach zginął? Na to pytanie dotychczas nie udało się znaleźć odpowiedzi.

Ppor. Stefan Jasieński posiadał nadane w czasie wojny odznaczenia: Order Virtuti Militari V klasy, Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami oraz Krzyż Walecznych. Dzisiaj pozostały po nim wśród mieszkańców podoświęcimskich miejscowości wspomnienia o tajemniczym spadochroniarzu "Urbanie" oraz niezwykła, ilustrowana autobiografia na drzwiach oświęcimskiej celi śmierci, oglądana przez setki tysięcy osób, odwiedzających rokrocznie tereny Państwowego Muzeum w Oświęcimiu.

3 czerwca 1984 roku wieś Malec koło Oświęcimia została odznaczona Krzyżem Walecznych za patriotyczną postawę i udział jej mieszkańców w antyhitlerowskim ruchu oporu. Razem z mieszkańcami tej miejscowości w przyobozowym ruchu oporu, niosąc pomoc więźniom KL Auschwitz-Birkenau, działał jeden z cichociemnych – ppor. Stefan Jasieński.

17 czerwca 2000 roku została odsłonięta tablica pamiątkowa poświęconą por. Stefanowi Jasieńskiemu, ufundowana przez Fundację Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych "Grom" im. Cichociemnych. Na miejsce tego pomnika wybrano kaplicę w Malcu, która jest miejscem historycznym, świadczącym o patriotyzmie i religijności mieszkańców Malca. Tam w czasie okupacji organizowano spotkania konspiracyjne i to nieopodal niej ujęty został Urban w nocy 28/29 września 1944 roku. Uroczystego odsłonięcia tablicy dokonała Maria Komar, siostrzenica ppor. Jasieńskiego wraz z cichociemnym ppłk. w stanie spoczynku Stefanem Bałukiem i Kazimierzem Pawiem, uczestnikiem tragicznego wydarzenia tamtej nocy w Malcu.

Szkoci także pamiętają o polskim Cichociemnym. W 2005 roku podczas wizyty w Oświęcimiu przewodniczący szkockiego parlamentu George Reid złożył kwiaty pod Ścianą Straceń na terenie byłego obozu koncentracyjnego i wspomniał w przemówieniu o Stefanie Jasieńskim, który lata 1940-1943 spędził w Szkocji. Przypomniał przytoczoną powyżej historię o wyścigach chartów oraz to, że w trakcie pobytu w Szkocji Stefan Jasieński sprezentował proporzec polskiej armii Królowej Matce na Zamku Glamis.

W styczniu 2005 roku - w 60. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz - odbyła się uroczystość nadania Powiatowemu Zespołowi nr 3 Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w Oświęcimiu imienia cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego, połączona z odsłonięciem tablicy pamiątkowej ku czci Patrona szkoły.

 

S.W.

Wykorzystano:
www.pl.wikipedia.org
www.cichociemni.ovh.org
www.arkonia.uw.edu.pl
www.blogbiszopa.blog.onet.pl
www.kronikarz.org.pl

Szczególne podziękowania dla p. Adama Cyry – historyka, pracownika Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu za udostepnienie swoich publikacji.